Następnego dnia Noah nie mógł przestać myśleć o tym, co usłyszał. Choć noc spędził w swoim domu, nie zmrużył oka. Gdy tylko rozjaśniło się niebo, zabrał księgę i notatnik dziadka, zawinął je w stary płaszcz i ruszył w stronę wzgórz otaczających Blackwood od północnej strony.

Szlak prowadził przez zapomnianą część miasteczka – opustoszałe ulice, porzucone domostwa, ogrody zarosłe dziką roślinnością. To była dawna dzielnica robotnicza, miejsce, gdzie niegdyś tętniło życie. Teraz wydawało się, że czas stanął tam w miejscu.

Wędrując pośród tych ruin, Noah dostrzegał ślady obecności ludzi, którzy niegdyś tu mieszkali – dziecięcy bucik, porzucone zabawki, strzępy gazet. Wszystko to przytłaczało go niczym grobowy ślad po utraconym świecie. Jego kroki zaprowadziły go w końcu do czegoś, co wyglądało na resztki starego warsztatu. Wewnątrz wciąż stały półki, na których walały się narzędzia i skorodowane metalowe części. Na jednej ze ścian ktoś wypisał kredą: „Nie otwieraj drzwi, jeśli pukają po trzecim razie”.

Zadrżał. Te słowa coś mu przypominały. Sięgnął po notatnik dziadka i przekartkował kilka stron. Były tam zapiski dotyczące pewnego miejsca na wzgórzu – czegoś, co nazwano „Stacją Cieni”. Opis był chaotyczny, pełen wyrwanych zdań i przerwanych myśli:

„…otworzyli przejście… głosy były coraz głośniejsze… nie mogli go już powstrzymać…”
„…kiedy bije dzwon, nie patrz za siebie…”
„…czwarty zaginął bez śladu… zostawił jedynie znak, wypalony na ziemi…”

Noah przełknął ślinę. Miał wrażenie, że to wszystko zaczyna się układać w większy obraz. Tylko że był to obraz pełen ciemności. Obraz, którego nie chciał oglądać do końca.
W oddali zagrzmiało. Niebo pociemniało gwałtownie, jakby natura również wiedziała, że coś jest nie tak. Noah zacisnął dłonie na notatniku i księdze. Musiał iść dalej. Musiał odnaleźć „Stację Cieni” i sprawdzić, co naprawdę wydarzyło się w Blackwood przed laty. I czy to, co nadchodzi, może jeszcze zostać zatrzymane.

Szlak prowadzący dalej stawał się coraz bardziej dziki, a zarośla gęstniały. Noah poruszał się powoli, czujnie rozglądając się na boki. W pewnym momencie natknął się na zardzewiałą tabliczkę wbitych w ziemię resztek słupka. Ledwo dało się odczytać litery wyryte na powierzchni: „Stacja Cieni – Wstęp wzbroniony”. Zatrzymał się. Tu kończyła się droga. Dalej prowadził tylko wąski, zapomniany szlak, wydeptany jedynie przez czas. Drzewa tworzyły nad nim sklepienie, pochylając się, jakby same chciały ukryć to, co znajdowało się dalej.
Noah ruszył naprzód. Kroki stawały się cichsze, a powietrze jakby gęstsze, cięższe. Las wokół niego nie brzmiał już jak zwykłe miejsce – przypominał echo wspomnień, szeptów, które wciąż błąkały się między pniami. W końcu dotarł do otwartej przestrzeni – niewielkiego polany z zagłębieniem w ziemi. Były tam betonowe fundamenty, pęknięte, zarośnięte mchem i korzeniami.

Stacja.

Miejsce różniło się od wszystkiego, co Noah widział wcześniej w Blackwood. Choć otoczone lasem i ruinami, sprawiało wrażenie jakby wyjętego z innego świata. Na skraju polany, niedaleko włazu, stał domek – stary, lecz zadbany, z bielonymi ścianami i werandą. Jego wygląd kontrastował z mrokiem okolicy: kolorowe kwiaty polne rosły w ceramicznych donicach, a pośród trawy rozpościerały się krzewy malin i dzikiej róży. Stara huśtawka na drzewie skrzypiała cicho na wietrze, obok niej porzucona piaskownica, w której leżały drewniane zabawki. Domek wyglądał jakby ktoś niedawno w nim mieszkał – lub wciąż tam mieszkał. A jednak… wokół panowała cisza. Zbyt gęsta. Zbyt spokojna. Noah czuł, jak serce bije mu mocniej. Ten kontrast – między sielskim obrazkiem a wypalonym znakiem na włazie – był niepokojący. Jakby coś lub ktoś specjalnie próbował uśpić jego czujność, stworzyć iluzję bezpieczeństwa. Spojrzał raz jeszcze na domek, ale wiedział, że jego droga prowadzi gdzie indziej. W stronę ciemności ukrytej pod ziemią. A w centrum – żelazna pokrywa włazu, przypominająca drzwi do czegoś, co miało pozostać zamknięte na zawsze. Po jej powierzchni przebiegał ten sam wypalony znak. Noah podszedł ostrożnie. Właz był ciężki, ale uchylił się pod jego dłonią. Z wnętrza wydobył się zimny, wilgotny powiew. Nie wiedział, co znajdzie w środku. Nie dało się tam wejść – drzwi wyglądały na zaspawane. Noah spróbował pociągnąć za uchwyty, stuknął kilka razy w metal, szukając jakiegokolwiek słabszego punktu, ale bezskutecznie. Zawiasy były zardzewiałe, lecz solidne, a wokół pokrywy dostrzegł ślady spawu – ktoś celowo je uszczelnił.
Przyklęknął, by przyjrzeć się dokładniej, i wtedy zauważył coś jeszcze. Tuż nad drzwiami, na betonowej framudze, znajdował się wyryty łaciński napis, niemal zatarte litery, ale nadal czytelne:

” Veritas in umbris latet.” Prawda ukrywa się w cieniu.

Zaintrygowany łacińskim cytatem, Noah sięgnął po księgę, którą cały czas niósł w płaszczu. Usiadł ostrożnie na jednym z betonowych bloków i, pomimo napięcia w powietrzu, zaczął przeglądać stronice. Szukał tego samego wyrażenia – może było już gdzieś zapisane wcześniej, może miało związek z wcześniejszymi wpisami. Kartkował powoli, skupiając się na każdym słowie, symbolu, rycinie. Księga w tym miejscu była starsza, bardziej nadgryziona przez czas. I nagle znalazł. Strona z datą 1911. Nagłówek napisany większym, gotyckim pismem Veritas in umbris latet. Pod spodem:

„Ci, którzy szukają prawdy, muszą wejść tam, gdzie światło nie sięga. Każda odpowiedź skrywa się za warstwą ciszy, ciemności i ofiary. Tylko ten, kto przyjął cień, może poznać imię tego, co zostało zapomniane.”

Niżej znajdowała się ręcznie naszkicowana ilustracja — nie była to jednak klasyczna mapa. Raczej zagadka, metafora. Widać było wzgórze, zaznaczone jako miejsce „przejścia”, ale zamiast dróg i punktów orientacyjnych pojawiały się symbole: zegar bez wskazówek, drzewo o trzech pniach, lustro rozbite na siedem kawałków. Pod jednym z nich widniał napis po łacinie: „Veritas non apparet nisi per tenebras.” — Prawda nie jest widoczna, chyba że przez ciemność.
Noah zmarszczył brwi. To nie była mapa w tradycyjnym sensie. To była wskazówka. Labirynt znaków, które trzeba było zinterpretować, by zrozumieć, gdzie szukać prawdziwego wejścia. Albo czegoś, co należało najpierw przeżyć. Zamiast wejścia fizycznego, księga sugerowała rytuał. Próbę. Albo ofiarę. Noah odetchnął głęboko, zamykając księgę. Wiedział, że nie rozszyfruje wszystkiego sam. Czuł, jak ciężar tej historii przygniata go coraz bardziej. Spojrzał raz jeszcze na wypalony znak na włazie, potem na sielski domek za plecami — miejsce pełne sprzeczności, które budziło w nim niepokój.
Podjął decyzję.
Musiał wrócić do Blackwood. Do księdza Jonathana. Może on zdoła zinterpretować symbole, może zna znaczenie metaforycznych wskazówek. Może był jeszcze ktoś, kto przeżył podobne doświadczenia — ktoś, o kim ksiądz do tej pory milczał. Zamierzał dotrzeć do prawdy. I jeśli była ukryta w cieniu, to zamierzał wejść w ten cień głębiej niż ktokolwiek przed nim.