Kościół w Blackwood stał na niewielkim wzniesieniu, skąpany w cieniu sędziwych dębów, których konary przypominały szpony wyciągnięte ku niebu. Był najstarszym budynkiem w miasteczku – starszym nawet niż cmentarz otaczający go ze wszystkich stron. Kamienna fasada, miejscami nadkruszona, wyglądała niczym stary świadek zbrodni, który widział zbyt wiele i zamilkł na wieki.
Noah wspinał się powoli po kamiennych schodkach, z każdą chwilą czując coraz silniejsze napięcie. Deszcz zmienił się w zimną mżawkę, która osiadała na jego kurtce i skórze, potęgując uczucie chłodu. Mimo to nie zatrzymywał się. Wiedział, że nie może zawrócić. Gdy dotarł na szczyt, drzwi do świątyni były zamknięte. Pchnął je mocno, ale ustąpiły dopiero przy drugim uderzeniu ramieniem. Wnętrze przywitało go zapachem kadzidła, pleśni i starego drewna. Było ciemno, tylko światło zza witraży rozlewało się po posadzce jak rozbite szkło.
— Księże Jonathanie? — zawołał niepewnie, głos odbił się echem od murów.
Cisza. I wtedy… delikatny dźwięk kroków, gdzieś w nawie bocznej. Noah ruszył ostrożnie w tamtym kierunku, ściskając pod pachą skórzaną księgę.
Za jedną z kolumn pojawiła się sylwetka. Ciemna, ale znajoma. To był on.
— Spodziewałem się ciebie — powiedział cicho ksiądz Jonathan. Jego głos nie zdradzał ani ciepła, ani zdziwienia. — I wolałbym, żebyś tego nie przynosił.
Noah uniósł księgę, patrząc prosto w oczy duchownego.
— Ta księga…. nigdy nie powinna była powstać, a już na pewno nikt nie powinien był jej otworzyć — powiedział ksiądz z cieniem smutku w głosie.
— A jednak ktoś ją stworzył — odparł Noah. — I ktoś z mojej rodziny miał ją w rękach. Teraz ja ją znalazłem. Musisz mi powiedzieć, co to jest. Kim był mój dziadek w tym wszystkim?
Jonathan milczał dłuższą chwilę, jakby ważył każde słowo.
— Twój dziadek… był jednym z tych, którzy próbowali to zatrzymać. Ale zło, które przenika te strony, nie daje się zatrzymać. Można je tylko opóźniać, tłumić. Ta księga to nie tylko zbiór zakazanych zapisków. To kronika wszystkiego, co kiedykolwiek wydarzyło się w Blackwood, ale czego nie znajdziesz w żadnej bibliotece. To relacje świadków, ofiar, ludzi, którzy zniknęli… a czasem powrócili, ale już nie jako ci sami.
— Skąd w ogóle ją masz, gdzie ją znalazłeś? — zapytał nagle Jonathan, tym razem z wyraźną nutą niepokoju.
Noah spojrzał mu w oczy.
— W archiwum pod starą szkołą. Była zamknięta w skrzynce opatrzonej pieczęcią „NIE OTWIERAĆ”. Obok znajdowały się notatki mojego dziadka.
— A więc jednak… — westchnął ksiądz, zniżając głos niemal do szeptu. — Bałem się, że tam wrócisz. Że ktokolwiek tam wróci.
Jonathan podszedł bliżej, nieco nachylając się nad księgą.
— Ta księga… nie została napisana w jednym czasie ani przez jednego autora. To kompilacja. Zbierana przez lata. Pierwsze zapiski pochodzą z XIX wieku. Ludzie zapisywali w niej to, czego nie rozumieli — zniknięcia, dziwne zachowania bliskich, cienie w oknach, głosy po zmroku. Ale z czasem ktoś… lub coś… zaczął na nią wpływać.
— Wpływać?
— Treści zaczęły się zmieniać. Niektóre opisy ulegały przekształceniom, jakby strona żyła. Fragmenty, które nie były tam wcześniej, pojawiały się między wpisami. Nikt nie wiedział, czy to tylko sugestia, czy coś więcej.
Noah czuł, jak ciarki przebiegają mu po karku.
— Mój dziadek też coś zapisał?
— Tak. W jednej z ostatnich sekcji. Opisywał nocne omamy, szepty i wrażenie, że coś śledzi jego każdy ruch. Pisał, że zło się przebudziło i potrzebuje nowego nosiciela. Ostrzegał, że klątwa nie jest zamknięta w księdze. Ona tylko używa księgi jako kanału. Żeby przetrwać. Żeby się odrodzić.
Noah otworzył księgę. Strony szumiały cicho jak szept. Tekst pisany był drobnym, niemal kaligraficznym pismem. Niektóre fragmenty były przekreślone, inne zapisane innym charakterem pisma. Na jednej z pierwszych stron widniało słowo „Initium” — początek.
Pod nim:
„Cień nie rodzi się w mroku. Cień to echo światła, które zgasło.”
— Co to znaczy? — zapytał Noah. Jonathan spojrzał na księgę jak na przeklęty relikt.
— To znaczy, że to wszystko zaczęło się od czegoś, co miało być światłem. Nadzieją. Ale zostało wypaczone. A cień… cień ma długą pamięć, Noah. I teraz chce wrócić.
Noah zamilkł, nie mogąc oderwać wzroku od księgi. Czuł, jak jego wnętrze ściska się w ciasnym, bolesnym uścisku lęku i fascynacji.
— Co mam teraz zrobić? — zapytał w końcu. — Spalić ją? Zakopać? Jonathan pokręcił głową.
— Gdyby to było takie proste… Próbowano. Wielokrotnie. Księga przetrwała ogień, wodę i zapomnienie. Za każdym razem wracała. Albo do miejsca, z którego pochodzi, albo do kogoś, kto nosi w sobie jej znamię.
— Znamię?
— Twój dziadek też je miał. Nie dosłownie… to bardziej coś, co łączy was z tym miejscem. Z przeszłością. I z tą… siłą. Ona nie wybiera przypadkiem.
— Ale dlaczego ja? — wycedził przez zaciśnięte zęby Noah.
— Bo wróciłeś. Bo coś w tobie odpowiada na jej głos. Tak samo, jak odpowiadało w twoim dziadku. — Ksiądz zrobił krok do tyłu, zniżając głos jeszcze bardziej. — I może nie jesteś jedyny.
W kościele zapanowała cisza. Jedynie deszcz bębnił o dach i witraże. Noah czuł, że coś się właśnie zaczęło — coś, czego już nie da się zatrzymać.
— Musisz poznać resztę. Musisz zrozumieć, czym jest cień i jak się narodził. — Jonathan spojrzał na niego z powagą. — Kiedy będziesz gotowy, przyjdź do mnie do zakrystii. Pokażę ci coś, czego nie widział nikt od lat.
— A jeśli nie będę gotowy?
— To cień sam się o ciebie upomni.
Jonathan spojrzał na zegar zawieszony nad zakrystią, po czym skinął głową w stronę bocznych drzwi.
— Teraz milcz i słuchaj. Pokażę ci coś, co może rzucić trochę światła… choć nie wiem, czy chcesz znać całą prawdę.
Weszli do wąskiego pomieszczenia, przesiąkniętego zapachem pergaminu i stęchłego kadzidła. Stare szafki, z których wystawały księgi i rękopisy, wyglądały jak z innego wieku. Jonathan sięgnął do dolnej półki i wyjął oprawiony w skórę dziennik.
— Twój dziadek prowadził tu zapiski — powiedział, podając mu zeszyt. — Ale nie tylko on. Ten dziennik ma wielu autorów. A wszystko zaczęło się od niego… od Samuela Greavesa.
Noah przełknął ślinę i ostrożnie otworzył dziennik. Pierwsza strona była pokryta staroświeckim pismem:
„Rok 1893. W Blackwood znikają dzieci. Początkowo sądziliśmy, że to zbieg okoliczności. Potem przyszły sny. Głosy. Cienie wśród drzew. Coś przeniknęło do naszego świata przez szczelinę, której nie potrafimy już zamknąć.”
Kartki były wytarte, jakby czytano je wiele razy. Dalej były rysunki — symbole, które Noah już znał. Ten sam znak, który widział na ścianie, na kartce, w archiwum. Ten sam, który pojawił się teraz w jego snach.
— Samuel był pierwszym, który ją zobaczył — powiedział Jonathan, głosem niemal świętokradczym. — Nie wiemy dokładnie, czym jest. Niektórzy nazywali to „Zjawą z Lasu”, inni „Cieniem Ojca”. Ale zawsze przychodzi nocą, zawsze w ciszy. I zawsze zostawia znak. Klątwa nie zabija od razu. Ona obserwuje, przejmuje… karmi się strachem.
Noah czytał dalej:
„Nie możemy jej powstrzymać. Ale może ktoś po nas zdoła. Jeśli to czytasz, to znaczy, że ona wróciła. I że teraz jesteś częścią tej historii.”
Zamknął dziennik. W kościele zgasło jedno ze świateł. Cień przesunął się po ścianie mimo braku ruchu.
— Ona już tu jest — szepnął Noah.
Jonathan skinął głową. — I nie odejdzie, dopóki nie znajdzie tego, czego szuka.