Po południu niebo nad Blackwood zasnuło się ciężkimi chmurami. Noah ruszył w kierunku dawnej szkoły, której budynek – już od lat opuszczony – przypominał ruinę. Fasada, niegdyś jasna, teraz porosła była bluszczem, a pęknięte szyby odbijały zniekształcone obrazy ulicy. Przed drzwiami głównymi zatrzymał się na chwilę. Wspomnienia uderzyły go niespodziewanie – śmiech na korytarzach, dźwięk dzwonka, rozmowy po lekcjach. A potem – cisza.
Drzwi ustąpiły pod naciskiem bez większego oporu, skrzypiąc złowieszczo. Wewnątrz unosił się zapach stęchlizny, kurzu i czegoś jeszcze – czegoś kwaśnego, metalicznego. Przeszedł przez hol, kierując się schodami na dół. Metalowe poręcze były zimne, a światło latarki migotało, rzucając niepokojące cienie na ściany. Podziemia szkoły wyglądały dokładnie tak, jak je zapamiętał – długie, wąskie korytarze i pomieszczenia z metalowymi szafkami, których drzwi z czasem pogięły się i pokryły rdzą. Gdzieniegdzie walały się stare dokumenty, porozrzucane po posadzce lub wypchnięte z rozsypujących się teczek. W niektórych pomieszczeniach widać było ślady dawnego życia – poszarpane kanapy, stare fotele, ławki, a nawet prowizoryczny stolik zrobiony z przewróconej skrzynki po jabłkach. Dzieciaki musiały urządzać tu sobie schadzki, może nawet nocowali. Jednak teraz wszystko pokrywała gruba warstwa kurzu. Miejsce od dawna zostało zapomniane. I nikt już go nie doglądał.
W końcu dotarł do drzwi prowadzących do miejskiego archiwum. Były zamknięte na ciężką, pordzewiałą kłódkę. Noah odetchnął głęboko i wyjął z kieszeni starą spinkę – pamiętał, jak Travis uczył go otwierać nią zamek, gdy włamali się kiedyś do magazynu z farbami. Kilka prób wystarczyło. Kłódka opadła z głośnym stuknięciem.
Wewnątrz panował półmrok. Szafy pełne były zakurzonych teczek i zżółkłych ksiąg. Część półek się zawaliła, a dokumenty leżały porozrzucane po ziemi. Noah przeszedł między regałami, zapalając starą lampę naftową, którą znalazł przy wejściu. Blask płomienia zatańczył na ścianach.
Zaczął przeszukiwać archiwa – księgi wieczyste, zapisy rad miejskich, kroniki. Większość wydawała się nie mieć znaczenia. Aż natrafił na zakurzoną skrzynkę podpisaną nazwiskiem swojego dziadka.
Wewnątrz były notatki, listy, fotografie. Na jednym z dokumentów widniał stempel „NIE OTWIERAĆ BEZ ZEZWOLENIA STARSZYZNY”. Drżącymi dłońmi otworzył kopertę i wyjął pęk kartek – była to kronika sprzed ponad stu lat. Imiona powtarzały się… jego przyjaciele. Pradziadowie. Zniknięcia. Przebudzenia.
Wszystko zataczało krąg.
I wtedy usłyszał coś za sobą. Ktoś – lub coś – poruszyło się między regałami. – Nie był już sam.
Noah zamarł w bezruchu, ściskając lampę tak mocno, że szkło niemal wypadło mu z dłoni. Serce waliło mu w piersi jak oszalałe. Ostrożnie odwrócił się, rozświetlając przestrzeń między regałami. Początkowo widział tylko kurz i stare dokumenty wirujące w świetle. Ale po chwili usłyszał cichy, przeciągły szelest – jakby ktoś przesuwał dłońmi po papierze. Albo… pazurami po drewnie.
— Kto tam jest? — zapytał niepewnym głosem, który odbił się echem od kamiennych ścian.
Odpowiedziała mu cisza. I wtedy coś stuknęło w głębi pomieszczenia – jedno, pojedyncze uderzenie, jakby książka spadła z półki. Albo ktoś chciał, żeby wiedział, że nie jest sam.
Podszedł powoli, latarka w jednej ręce, lampa w drugiej. Każdy krok odbijał się głuchym echem. Kiedy dotarł do regału na końcu alejki, zauważył, że na ziemi leży stara księga – otwarta, jakby ktoś ją przeglądał. Ale nigdzie nie było śladu żywej duszy.
Odruchowo spojrzał w górę i wtedy to zobaczył.
Na suficie, w miejscu gdzie zbiegają się belki konstrukcyjne, znajdował się wypalony symbol. Ten sam. Znowu.
Czuł, że nie może tu zostać dłużej. Złapał księgę i ruszył ku wyjściu, ale zanim opuścił archiwum, zerknął jeszcze raz na regały. Przez ułamek sekundy wydawało mu się, że coś między nimi stało. Cień, który zniknął, gdy tylko mrugnął.
To miejsce go obserwowało. I wiedziało, że on wie za dużo.
Wybiegł z archiwum, nie oglądając się za siebie. Wąskie korytarze, które wcześniej przemierzał w skupieniu, teraz zdawały się nie mieć końca. Lampka zgasła, latarka zaczęła przygasać. Gdy w końcu dotarł na powierzchnię, powietrze wydało mu się duszne, nie mniej ciężkie niż to w podziemiach. Dłonie mu drżały, a pot mieszał się z deszczem, który właśnie zaczął padać.
Zatrzymał się przed wejściem do szkoły i spojrzał na stary, skórzany tom, który trzymał pod pachą. Miał ochotę od razu go otworzyć, ale wiedział, że to nierozsądne. Czuł, że nie tylko treść księgi może być niebezpieczna – sama jej obecność zdawała się przyciągać coś złowrogiego.
Musiał znaleźć miejsce, gdzie będzie mógł spokojnie przejrzeć zawartość bez ryzyka, że ktoś – lub coś – mu przerwie. Myśl o kościele przyszła mu nagle, jak błysk. Może ksiądz Jonathan wiedział więcej, niż kiedykolwiek przyznał. Może w końcu nadszedł czas, by stawić mu czoła.
Zamierzał ruszyć w stronę świątyni. Miał nadzieję, że drzwi będą otwarte.
A jeśli nie – i tak je otworzy.