Poranek był nienaturalnie cichy. Gdy Noah otworzył oczy, przez chwilę nie był pewien, czy to, co przeżył w nocy, było prawdziwe, czy tylko snem, który zbyt głęboko wdarł się w jego świadomość. Jednak pustka w żołądku i drżące dłonie nie pozostawiały złudzeń – coś się wydarzyło. A cisza, jaka panowała dookoła, była zbyt gęsta, zbyt ciężka.
W głowie wciąż dźwięczały słowa, które przeczytał w pamiętniku:
Maledictio cecidit, umbra repit, nox silet – mors iam regnat.
Klątwa padła, cień się skrada,
noc milczy – śmierć już włada.
Te wersy wydawały się teraz bardziej rzeczywiste niż kiedykolwiek. To nie była już tylko legenda. To było ostrzeżenie.
Zszedł na dół, licząc na łyk kawy, który otrze resztki nocy z jego myśli. Kuchnia była tak samo pusta, jak ją zostawił – choć miał wrażenie, że coś się zmieniło. Trudno było określić co, może układ przedmiotów, może zapach. Albo po prostu świadomość, że nie jest już tu sam.
Po śniadaniu Noah postanowił udać się do centrum Blackwood. Musiał z kimś porozmawiać, dowiedzieć się, czy tylko on doświadczał tych dziwnych rzeczy. Ale zanim wyszedł, rzucił ostatnie spojrzenie na pamiętnik dziadka. Kartki były teraz puste – jakby to, co zostało zapisane, zniknęło. Ale pamiętał. Pamiętał wszystko.
Na rynku panował dziwny ruch. Mieszkańcy poruszali się szybko, nie zatrzymując się, z opuszczonymi głowami. Nikt nie patrzył sobie w oczy. Kiedy podszedł do starego kiosku, pani Maddie – właścicielka, którą znał od dziecka – tylko skinęła głową. Jej twarz była blada, a spojrzenie unikało jego oczu.
– Maddie… coś się dzieje, prawda? – zapytał, nachylając się.
Kobieta spojrzała na niego ze zmęczeniem i strachem.
– Nie powinieneś tu wracać, Noah – wyszeptała. – Ty i twoi przyjaciele… od zawsze byliście z tym związani. Po twoim wyjeździe… zaczęli znikać.
Zamarł.
– Co masz na myśli?
– Will… zniknął trzy lata temu. Nikki rok później. Travis… nikt go nie widział od zimy. „Ekipa Straconych”, tak? Może nie chodziło tylko o bunt. Może od zawsze byliście oznaczeni.
Noah poczuł, jak ziemia usuwa mu się spod nóg.
– Dlaczego nikt nic nie mówił?
– Bo wtedy to wraca szybciej – odpowiedziała cicho. – Kiedy próbujesz rozmawiać o tym, co ukryte… ono słyszy.
Noah ruszył dalej uliczkami starego miasta, próbując zebrać myśli. Otoczenie, choć znajome, wydawało się inne. Cegły kamienic wydawały się ciemniejsze, drzewa bardziej martwe, a powietrze – gęstsze, cięższe. Mimo że lata minęły, wszystko pozostało niemal takie samo… i jednocześnie diametralnie inne. Jakby czas zatrzymał się tu tylko po to, by coś mogło przetrwać.
Spacerował powoli, mijając kolejne zakątki Blackwood, które znał z dzieciństwa. Tam, gdzie kiedyś słychać było gwar rozmów i śmiech dzieci, teraz panowała cisza. Nawet wiatr zdawał się omijać to miejsce. Ludzie, których mijał, nie odpowiadali na skinienie głowy. Wręcz przeciwnie – zasłaniali okna, zamykali drzwi, odwracali wzrok. Jedna z kobiet, prowadząca dziecko za rękę, gdy go dostrzegła, zatrzymała się gwałtownie i zawróciła, prowadząc je w przeciwną stronę.
Noah stanął na chwilę na środku ulicy. Wciągnął głęboko powietrze, próbując zrozumieć, co się dzieje. Czy to on śnił? Czy może miasteczko pogrążyło się w jakimś zbiorowym koszmarze? Takie rzeczy nie działy się w rzeczywistości. A jednak każda sekunda w Blackwood zdawała się krzyczeć, że normalność dawno opuściła to miejsce.
Noah poczuł, że nie może dłużej błąkać się bez celu. Musiał coś zrobić. Zebrać fakty, zrozumieć, co naprawdę dzieje się w tym przeklętym miasteczku. Myśl o dawnych przyjaciołach nie dawała mu spokoju – zniknięcia nie mogły być przypadkiem. Postanowił udać się do miejsca, które omijał od lat – starego archiwum miejskiego, mieszczącego się w podziemiach dawnej szkoły.
To tam przechowywano dokumenty, kroniki, zapiski – być może również te, które nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego. Jeśli miał znaleźć odpowiedzi, musiał zacząć tam. Wiedział, że będzie to niebezpieczne, ale z jakiegoś powodu czuł, że czas ucieka. Że jest obserwowany. I że wkrótce nie będzie już odwrotu.