Powrót do Blackwood był cichy, niemal symboliczny. Ulice wyglądały na jeszcze bardziej opustoszałe niż zwykle, a ich pustka wydawała się wręcz sztuczna – jakby miasteczko grało jakąś rolę, próbując ukryć coś, co czaiło się pod powierzchnią codzienności. Noah szedł powoli, z księgą przyciśniętą do piersi, czując ciężar jej zawartości z każdym krokiem coraz mocniej.
Gdy minął sklep spożywczy, w którym jako nastolatek kupował słodycze, zobaczył staruszkę stojącą w oknie. Przez chwilę patrzyła na niego, po czym zasunęła firankę. Kilka domów dalej sytuacja się powtórzyła. Ludzie nie tylko unikali rozmów — oni unikali kontaktu wzrokowego. Jakby jego obecność przypominała im o czymś, czego starali się nie pamiętać. Jakby obawiali się, że od samego patrzenia lub jakiegokolwiek najmniejszego kontaktu może spotkać ich coś złego.
Dotarł w końcu pod drzwi plebanii. Zawahał się. Czy Jonathan w ogóle tu będzie? A jeśli tak — czy będzie chciał mówić? Zanim zdążył zapukać, drzwi uchyliły się same. Jakby ktoś na niego czekał. W progu stał ksiądz Jonathan, blady i poważny, z oczyma, które zdawały się przez niego przenikać.
— Wiedziałem, że wrócisz — powiedział cicho. — Chodź. Musimy porozmawiać. Tym razem naprawdę o wszystkim.
Noah wszedł do środka, czując, jak mrok wewnątrz domu oplata go niczym wilgotny całun. W powietrzu unosił się zapach starego papieru, kurzu i wosku — znajomy, lecz teraz wywołujący niepokój. Salon, do którego weszli, wyglądał na rzadko używany. Pośrodku stał długi drewniany stół otoczony wieloma krzesłami, a w rogu znajdował się niski stolik z popielniczką i dwoma wysiedzianymi fotelami. Pod jedną ze ścian ciągnął się regał wypełniony książkami, ich grzbiety pokrywał kurz, lecz ustawione były starannie, jakby ktoś nieustannie dbał o ich porządek. Obok stała komoda, na której w wazonie stał bukiet świeżych kwiatów, jedyny kolorowy akcent w tym przygaszonym, surowym wnętrzu.
— Znalazłem symbol nad drzwiami, które znajdowały się w piwnicy pod włazem. A w księdze… instrukcję, rytuał, może zagadkę. Nie wiem. Nie rozumiem tego. Jonathan skinął głową.
— Ta księga nie daje odpowiedzi wprost. Ale są sposoby, by ją zrozumieć. Są… miejsca. I osoby, które przetrwały spotkanie z Cieniem. Noah spojrzał na niego z niedowierzaniem.
— Chcesz powiedzieć, że nie jestem jedyny? Ksiądz zawahał się przez chwilę, po czym sięgnął po jeden z zeszytów leżących na półce.
— W Blackwood jest ktoś jeszcze, kto kiedyś znał tę historię. Ale odciął się od wszystkiego. Żyje samotnie, na obrzeżach, za starym cmentarzem. Nazywa się Walter Grinlow. Jonathan podał mu kartkę z dokładnym adresem — był to stary dom na obrzeżach Blackwood, ukryty wśród drzew, przy zapomnianej drodze prowadzącej za cmentarzem.
— Jeśli chcesz poznać prawdę, musisz go odnaleźć. Tylko… przygotuj się, że nie każda prawda nadaje się do przyjęcia.
Noah nie odpowiedział od razu. Coś w zachowaniu księdza zaczęło go niepokoić. Sposób, w jaki Jonathan unikał jego wzroku, jego oszczędne słowa, skrupulatność, z jaką dobierał każde zdanie — wszystko to zdawało się zbyt kontrolowane. Zbyt wyćwiczone.
Rozejrzał się po salonie. Mimo świeżych kwiatów, pokój sprawiał wrażenie martwego. Jakby ktoś go urządził, ale nigdy naprawdę w nim nie mieszkał. Jakby był dekoracją, atrapą codzienności. Nawet kurz na półkach wydawał się równomiernie rozłożony, jakby celowo zostawiony.
Jonathan zawsze wydawał mu się człowiekiem innego formatu — dystyngowanym, spokojnym, ale też nieprzeniknionym. Teraz jednak, gdy patrzył na niego w tym dziwnym półmroku, coś w nim pękło. Może to światło padające pod dziwnym kątem, może coś w jego oczach — ale Noah po raz pierwszy poczuł chłód. Nie tylko fizyczny. Wewnętrzny, przeszywający.
Czy naprawdę chciał mu pomóc?
A może wiedział więcej niż mówił?
A jeśli to wszystko… miało prowadzić do jednego: żeby Noah zrobił coś, czego sam ksiądz nie mógł — lub nie chciał — zrobić?
Noah wstał, skinął głową i wyciągnął rękę na pożegnanie.
— Dziękuję — powiedział cicho, choć w jego głosie słychać było wahanie. Jonathan zawahał się na ułamek sekundy, po czym również podał mu dłoń. I wtedy Noah to zauważył. Na prawej dłoni księdza widniało znamię. Nie było to zwykłe znamię — przypominało wypalony symbol, niemal identyczny z tym, który widział wcześniej w archiwum, na kartce, na drzwiach w piwnicy. Jego kształt był jednak nieco zniekształcony, jakby go ukrywano… lub próbował się zagoić.
Jonathan zauważył, że Noah się zawahał i zatrzymał wzrok na jego ręce. Natychmiast opuścił rękaw sutanny, zakrywając znamię.
— Musisz się pospieszyć — powiedział szybko, zmieniając ton na bardziej formalny. — Grinlow nie jest zbyt… gościnny. Ale jeśli ktoś może ci pomóc, to on.
Nie czekając na odpowiedź, odwrócił się i ruszył w stronę kuchni, zostawiając Noah samego w salonie.
A Noah stał jeszcze przez moment w milczeniu, patrząc na zamknięte drzwi. Jego przekonanie, że Jonathan coś ukrywa, urosło do pewności. I to nie była tylko kwestia wiedzy.
Wyszedł na zewnątrz, zamyślony, zadumany. Coś tu się nie zgadzało, Jonathan coś ukrywał. Coś, co nie pasowało do jego roli duchownego, do tej pozornej chęci pomocy. Zresztą, jak może ufać komukolwiek, skoro po tylu latach okazało się, że całe miasto ukrywa coś od wieków? Każdy milczał, każdy coś wiedział, ale nikt nie mówił. Wszyscy bali się tej samej prawdy – tej, która czaiła się w cieniu.
Noah ruszył pod podany adres. Droga prowadziła przez coraz rzadszą zabudowę, aż w końcu asfalt zamienił się w wyboistą, kamienistą ścieżkę. Z każdą minutą drzewa rosły gęściej, a światło dnia zdawało się gasnąć pod naporem ciemnych konarów. Dom Grinlowa miał znajdować się za starym cmentarzem, ale wyglądało na to, że prowadzi tam więcej niż jedna droga — i każda z nich niosła ze sobą coś niepokojącego.
Choć otoczenie pogrążało się w coraz głębszym mroku, Noah nie zatrzymał się ani razu. Coś ciągnęło go naprzód, coś więcej niż tylko chęć poznania prawdy. W pewnej chwili, gdy minął zarośniętą kapliczkę, poczuł dziwny dreszcz – nie od zimna, ale jakby ktoś lub coś przez chwilę szło tuż za nim, oddychając mu w kark. Odwrócił się gwałtownie, lecz zobaczył tylko drzewa. Milczące. Nieruchome.
I wtedy, w głębi lasu, zamigotało światło.
Jedno. Chłodne. Nienaturalne.
Zgasło, nim zdążył mrugnąć.
Noah stał przez chwilę w milczeniu, z bijącym sercem. Wiedział, że to dopiero początek. Coś już wiedziało, że nadchodzi.
I właśnie to coś mogło czekać na niego… u Waltera Grinlowa.