Droga powrotna do Blackwood była krótsza, ale cięższa. Noah szedł szybciej niż wcześniej, jakby chciał nadrobić czas, który właśnie stracił. A może uciekał — nie przed czymś konkretnym, lecz przed myślami.
Słowa Grinlowa nie dawały mu spokoju: „znak związania”, „przekroczył granicę”, „nie wrócił taki sam”. Wracały jak echo, odbijając się od wspomnień z plebanii — od spojrzenia Jonathana, od krótkiej chwili, gdy zobaczył jego dłoń. To nie było złudzenie.
Zatrzymał się przy skraju miasteczka i spojrzał na kościół na wzgórzu. Z tej perspektywy wyglądał jeszcze bardziej surowo, jakby odcinał się od reszty Blackwood. „Albo mnie chroni… albo pilnuje, żebym nie zbliżył się za bardzo” — pomyślał i ruszył dalej. Tym razem nie zamierzał czekać.
Drzwi do kościoła były zamknięte, ale ustąpiły pod jego naporem. Wnętrze było ciemniejsze niż ostatnio — świece nie paliły się, a jedynie blade światło z witraży kładło się nierównymi plamami na posadzce.
— Księże Jonathanie! — zawołał.
Odpowiedziała mu cisza. Noah ruszył w stronę zakrystii. Drzwi były uchylone, więc wszedł bez pukania. Jonathan stał przy stole, odwrócony plecami, jakby na niego czekał.
— Wróciłeś szybciej niż się spodziewałem — powiedział spokojnie.
Noah podszedł bliżej. — Powiedz mi prawdę.
Jonathan odwrócił się powoli. — A która wersja cię interesuje?
— Ta, której mi nie powiedziałeś.
— Rozmawiałeś z nim.
— Tak.
— I co ci powiedział?
— Że nie jesteś tym, za kogo się podajesz. I że masz to… znamię.
Na ułamek sekundy coś przemknęło przez twarz księdza — złość, a może strach.
— Widziałeś więcej niż powinieneś — odparł cicho.
— To powiedz mi, co to jest. Byłeś tam, prawda?
Jonathan milczał, po czym odpowiedział: — Każdy kiedyś jest.
— Nie kłam.
Jonathan spojrzał mu prosto w oczy. — Myślisz, że to takie proste? Że można wrócić i opowiedzieć wszystko, jakby to była historia przy stole? Są rzeczy, których nie da się nazwać.
— A mimo to próbujesz mną manipulować.
— Albo próbuję cię powstrzymać.
— Przed czym?
— Przed tym, żebyś zrobił dokładnie to, co oni chcą.
— Oni?
Jonathan nie odpowiedział — i to była odpowiedź.
Noah cofnął się o krok. W tej jednej chwili wszystko zaczęło się sypać: Grinlow, Jonathan, księga, znak. Żaden z nich nie mówił całej prawdy, ale każdy z nich mówił jej fragment.
— Więc powiedz mi chociaż jedno — odezwał się ciszej. — Czy ja też to dostanę?
Jonathan spojrzał na jego dłonie zbyt długo.
— Jeśli już nie masz… — odpowiedział.
Noah poczuł, jak coś w nim opada. Spojrzał na swoją prawą dłoń. Na skórze było coś — jeszcze niewyraźne, jeszcze niepełne, ale obecne.
Noah wpatrywał się w skórę, jakby próbował zmusić ją do milczenia. Przesunął kciukiem po miejscu, w którym pojawiał się znak — było cieplejsze niż reszta dłoni, jak po lekkim oparzeniu. Podniósł wzrok na Jonathana.
— Od kiedy to się zaczyna? — zapytał ciszej.
Ksiądz nie odpowiedział od razu. Odsunął krzesło i oparł się o stół, jakby szukał właściwych słów.
— Nie od momentu, w którym to widzisz — powiedział w końcu. — Zaczyna się dużo wcześniej. Od decyzji, których nawet nie pamiętasz.
Noah zmarszczył brwi.
— Jakich decyzji?
— Tych, które sprawiają, że wracasz — odparł Jonathan. — Tych, które sprawiają, że nie odwracasz się, kiedy powinieneś.
W kościele znów zapadła cisza. Gdzieś w oddali skrzypnęła ławka, choć nikt jej nie dotknął. Noah odruchowo spojrzał w tamtym kierunku, ale nie zobaczył niczego poza półmrokiem.
— To się da zatrzymać? — zapytał po chwili.
Jonathan spojrzał na niego uważnie.
— Da się spowolnić — odpowiedział. — Albo przekierować.
— Na kogoś innego?
Ksiądz nie zaprzeczył.
To wystarczyło.
Noah cofnął dłoń, jakby sam kontakt z własną skórą nagle stał się obcy. Poczuł narastający gniew — nie tylko na Jonathana, nie tylko na Grinlowa, ale na całe Blackwood.
— Więc to o to chodzi — powiedział chłodno. — Ktoś zawsze musi zapłacić.
Jonathan milczał.
— I teraz to mam być ja.
— Teraz to ty masz wybór — odparł ksiądz.
Noah spojrzał na niego długo, jakby próbował zdecydować, czy jeszcze cokolwiek z tego, co słyszy, ma znaczenie.
— Jeśli to prawda… to nie skończy się tutaj — powiedział w końcu.
Odwrócił się i ruszył w stronę wyjścia. Tym razem nie czekał na odpowiedź.
Gdy przekraczał próg kościoła, miał wrażenie, że powietrze na zewnątrz jest lżejsze, ale tylko na chwilę. Spojrzał jeszcze raz na swoją dłoń.
Znak nie zniknął.
Wręcz przeciwnie — wydawał się wyraźniejszy niż kilka minut wcześniej.
Noah zacisnął pięść.
I po raz pierwszy od powrotu do Blackwood wiedział jedno.
Nie zamierzał już tylko szukać odpowiedzi.
Zamierzał je wymusić.