Noah nie wrócił do domu od razu. Zszedł ze wzgórza wolniej niż wcześniej, jakby każdy krok wymagał decyzji. Miał wrażenie, że wszystko wokół obserwuje go uważniej niż zwykle — okna, za którymi ktoś na moment uchylał firankę, puste przystanki, nawet drzewa stojące wzdłuż drogi. Nie szedł już jak ktoś, kto szuka odpowiedzi. Szedł jak ktoś, kto zamierza je zdobyć.
Zatrzymał się przy starej ławce na skraju rynku i rozłożył na kolanach księgę oraz notatnik dziadka. Palce nadal miał napięte, ale ruchy stały się bardziej pewne. Przekartkował kilka stron, zatrzymując się przy rysunku z rozbitym lustrem i trzema pniami drzewa. „Zegar bez wskazówek… drzewo o trzech pniach…” — powtórzył pod nosem.
Podniósł wzrok i rozejrzał się po miasteczku. I wtedy skojarzył. Na końcu ulicy, za dawnym warsztatem, rosło stare drzewo, które pamiętał jeszcze z dzieciństwa — rozdzielone u podstawy na trzy grube konary, które zrosły się wyżej w jeden pień. Miejsce, gdzie kiedyś przychodzili z ekipą.
Bez wahania wstał i ruszył w tamtą stronę. Droga zajęła mu kilka minut. Gdy dotarł na miejsce, zobaczył, że nic się nie zmieniło — poza jednym. Ktoś usunął ławkę stojącą pod drzewem. Zostały tylko ślady w ziemi.
Noah podszedł bliżej. Kora była popękana, miejscami jakby przypalona. Dotknął jej dłonią — była chłodna, nienaturalnie gładka w jednym miejscu, jakby ktoś często tam coś opierał. Zsunął rękę niżej i poczuł zagłębienie. Ukryta wnęka w pniu, zamaskowana korą.
Zawahał się przez sekundę, po czym wsunął dłoń do środka. Wyjął mały, metalowy przedmiot. Klucz. Stary, ciężki, z wyrytym symbolem — tym samym, który widział wcześniej.
Serce przyspieszyło. „Zegar bez wskazówek…” — powtórzył i spojrzał w stronę starego budynku ratusza. Na jego wieży od lat wisiał zegar, który nigdy nie działał. Wskazówki zatrzymały się dawno temu i nikt nie próbował ich naprawić.
Noah zacisnął dłoń na kluczu i ruszył natychmiast. Gdy wszedł do środka, budynek był pusty. Kurz unosił się w powietrzu, a echo jego kroków odbijało się od ścian. Schody prowadzące na wieżę były wąskie i strome, a każdy stopień skrzypiał pod jego ciężarem.
Im wyżej się wspinał, tym bardziej czuł znajome napięcie — to samo, które towarzyszyło mu w archiwum i przy włazie. Gdy dotarł na górę, mechanizm zegara był nieruchomy, pokryty kurzem i rdzą.
Ale coś się nie zgadzało. Na metalowej obudowie, tuż pod osią wskazówek, znajdował się niewielki otwór — pasujący do klucza.
Noah zawahał się tylko przez chwilę, po czym wsunął klucz i przekręcił.
Mechanizm poruszył się z oporem. Zgrzyt był głuchy, ciężki, jakby coś dawno zapomnianego zostało poruszone.
I wtedy coś się zmieniło. Nie w zegarze — w ciszy.
Z dołu dobiegł dźwięk, jakby coś ciężkiego przesunęło się po podłodze.
Noah zamarł.
Nie był już sam w budynku.
Przez kilka sekund stał nieruchomo, nasłuchując. Dźwięk nie powtórzył się od razu, jakby to, co było na dole, również się zatrzymało — czujne, uważne. Noah odwrócił głowę w stronę schodów, próbując ocenić odległość. Zegar za jego plecami zadrżał jeszcze raz, cicho, jakby coś w mechanizmie dopiero się budziło.
— Kto tam jest? — zapytał, tym razem niżej, bez podnoszenia głosu.
Odpowiedziało mu echo.
Zrobił krok w stronę schodów. Potem drugi. Każdy stopień skrzypiał, zdradzając jego pozycję. Zatrzymał się w pół drogi i nasłuchiwał.
Kroki.
Nie jego.
Powolne, równe, jakby ktoś dokładnie wiedział, gdzie iść.
Noah poczuł, jak napięcie ściska mu gardło. Cofnął się o pół kroku, a potem zszedł jeszcze niżej, aż zobaczył parter.
Sylwetka stała w półmroku, przy wejściu do budynku. Nieruchoma.
Znajoma.
— Nie powinieneś tu przychodzić — odezwał się głos.
Noah zamarł.
— Travis?
Mężczyzna wyszedł kawałek w światło wpadające przez wysokie okno. Twarz była ta sama, ale coś w niej nie pasowało — jakby rysy były napięte, zbyt skupione, jakby ktoś je przytrzymywał od środka.
— Dawno cię nie było — powiedział Travis, spokojnie. — Myślałem, że już nie wrócisz.
Noah zszedł ostatnie stopnie, nie odrywając od niego wzroku.
— Myślałem, że wyjechałeś — odparł.
— Wszyscy tak myślą — odpowiedział Travis i lekko się uśmiechnął. — Tak jest prościej.
Noah zatrzymał się kilka kroków od niego.
— Śledziłeś mnie?
— Obserwowałem — poprawił go. — To różnica.
Cisza zgęstniała.
— Widziałem, jak wchodzisz do archiwum. Widziałem, jak idziesz do Grinlowa. — Travis spojrzał na jego dłoń. — I widzę, że już zaczęło się szybciej, niż się spodziewałem.
Noah instynktownie zacisnął palce.
— Co ty wiesz o tym znaku?
Travis uniósł lekko głowę.
— Wystarczająco dużo, żeby wiedzieć, że nie masz już dużo czasu.
Te słowa uderzyły mocniej niż wszystko wcześniej.
— Kto cię przysłał? — zapytał Noah.
Travis pokręcił głową.
— Nikt. — zrobił krótką pauzę — A może wszyscy.
Noah zmrużył oczy.
— Mów normalnie.
Travis spojrzał na niego uważnie, jakby oceniał, ile może powiedzieć.
— Jonathan nie powie ci wszystkiego. Grinlow też nie. Każdy z nich chroni swój kawałek tej historii. — zrobił krok bliżej — Ale ty już wszedłeś za daleko, żeby się zatrzymać.
— A ty? — Noah nie cofnął się. — Po której jesteś stronie?
Uśmiech Travisa zniknął.
— Ja już wybrałem dawno temu.
— I?
— I nadal żyję.
To nie była odpowiedź.
Noah poczuł, że grunt pod nim znów zaczyna się chwiać.
— Ten klucz — powiedział Travis, wskazując na jego dłoń. — To nie otwiera drzwi.
Noah zmarszczył brwi.
— To co otwiera?
Travis spojrzał w stronę schodów prowadzących w dół, pod poziom parteru — tam, gdzie wcześniej Noah nie zwrócił uwagi.
— To, czego nikt już nie chce otwierać.
Noah odwrócił się powoli.
W cieniu, za skrzynią z narzędziami, widoczny był zarys klapy w podłodze.
Metalowej.
Z tym samym symbolem.
Gdy znów spojrzał na Travisa, tamten już się nie uśmiechał.
— Jeśli ją otworzysz — powiedział cicho — nie wrócisz tą samą drogą.
Noah poczuł, jak serce przyspiesza.
— A jeśli jej nie otworzę?
Travis przez chwilę milczał.
— To ktoś inny to zrobi.
I tym razem w jego głosie nie było już spokoju.